KsiezaPedofile.Info

 
Główna Małoletni  Rodzice O Nas Kontakt
STRONA GŁÓWNA
oskarżenie
Ks. CZESŁAW MACIASZEK
Ks. WŁADYSŁAW KRAWCZYK
Ks. PIOTR SKURA
REAKCJA DIECEZJI PŁOCKIEJ
REAKCJA WATYKANU
UKRYWAJĄ KS. PEDOFILÓW
DOKUMENTY
AUDIO/VIDEO
FORUM DYSKUSYJNE
linki
RUCH OFIAR KSIĘŻY
 

Jeśli byłeś wykorzystany seksualnie przez księdza lub innego pracownika kościoła kliknij po więcej informacji

Jeśli posiadasz informacje o seksualnym wykorzystywaniu przez księdza lub innego pracownika kościoła kliknij po więcej informacji

 

ks. kan. dr.

władysław krawczyk

ks. kan. dr Władysław Krawczyk

Ksiądz mgr. Władysław Krawczyk, były Wikariusz parafii Zakroczym obecnie  -   Sędzia Sądu Biskupiego diecezji płockiej.
Utrzymywany na stanowisku wikariusza parafii ponad 9 lat, co jest chyba rekordem nie tylko, jeśli chodzi o Zakroczym, ale i całą Polskę. Nie spotkałem się nigdy z faktem pełnienia przez księdza funkcji wikariusza w tej samej parafii przez tak długi okres.
Rotacja księży wikarych podyktowana była między innymi celami szkoleniowymi, przed przyjęciem na stałe stanowiska proboszcza. Młody ksiądz niewiele by się nauczył gdyby pracował jedynie w jednej parafii przez długi okres czasu. Zwykle po święceniach ksiądz kierowany był do pracy w wyznaczonej przez biskupa parafii. Opiniowany tam przez księdza

proboszcza i po roku czy dwóch kierowany był do następnej parafii, bogatej lub biednej w zależności od znajomości wpływowych ludzi w kurii diecezjalnej. Wszystko zależało od rekomendacji, prezentów, podarunków. Zupełnie tak samo jak w każdej innej instytucji, tylko, że stosowane były inne określenia.
Parafia Zakroczym należała do parafii bogatych, młodzi księża zabiegali o skierowanie do Zakroczymia, bo to oznaczało dla nich dobry start finansowy. Pieniądze płynęły jak "rzeka", szczególnie ze strony bogatych rodzin tzw. zakroczymskich "badylarzy".
O ile do Zakroczymia było im się ciężko dostać o tyle utrzymać w parafii Zakroczym było jeszcze trudniej. A to ze względu na ks. proboszcza, Piotra Skurę. Tak jak już wspomniałem w tekstach poświęconych jego osobie, choć wydawało się, że był dobrym człowiekiem, nie był chyba najłatwiejszym do współpracy.
Młodzi księża narzekali na niego nieustannie. Nazywali go "sklerotykiem i starej daty księdzem".
Nie rozumiałem wtedy, że była to po prostu chyba kwestia różnicy wiekowej jak i "innych szkół".
Tak czy inaczej żaden z księży poza ks. Krawczykiem nie pełnił funkcji Wikariusza dłużej niż dwa lata.
 

Dlaczego więc Ks. Krawczyk pozostał w parafii zakroczymskiej - dziewięć lat?
 

Wystarczy przyjrzeć się faktom aby zrozumieć że, ks. Krawczyk, magister psychologii przysłany był do zakroczymia w celu wypełnienia "misji posprzątania" tego, co jego poprzednik ks. Czesław Maciaszek pozostawił i utrzymywany na stanowisku przez diecezję płocką dokładnie tyle lat - ile potrzeba było na wypełnienie powierzonego mu zadania. Po około dziesięciu latach, kiedy uznano, że zagrożenie minęło ks. Krawczyka odwołano z parafii zakroczymskiej i "posadzona na stołku" - blisko biskupów płockich. No cóż ostatecznie zasłużył sobie na to - ratując parafię Zakroczym, diecezję płocką i nie tylko, przed skandalem. I to nie jakimś tam sobie skandalem typu... "kobieta w ciąży z księdzem wikarym" to już nawet wtedy - by nikogo nie zdziwiło.
Uchronił kościół od skandalu seksualnego wykorzystywania małoletnich ministrantów przez księdza Czesława Maciaszka - jego poprzednika. Uchronił parafię Zakroczym (w tamtych czasach) niezmiernie ważną parafię, bo przynoszącą nie tylko wysokie zyski ale ważną ze względu na jej usytuowanie i role jaką spełniała - blisko Twierdzy Modlin i wojskowego Kazunia.
Biskupi diecezji płockiej nieustannie przypominali o roli Zakroczymia w kwestii "propagowania wiary" - chwaląc proboszcza Skurę za wielkie osiągnięcia w tym kierunku. A tu "masz babo placek". Jaka kompromitacja. Skandal seksualny - ksiądz wykorzystuje seksualnie małoletnich ministrantów. Aż to dopiero byłoby - gdyby wydarzenia seksualnego wykorzystania ministrantów w parafii Zakroczym, dotarły do PZPR, SB czy władz wojskowych. W czasach zaciętej walki ideologicznej skandal seksualnego wykorzystywania ministrantów przez księdza - mógłby być wykorzystany do wymuszania na kościele daleko idących ustępstw czy do stosowania szantażu SB w stosunku do zamieszanych księży i administracji diecezji.
Nie mówiąc już o mieszkańcach Twierdzy Modlin czy Kazunia - zaprzestaliby wysyłać dzieci do kościoła. Spora frekwencja ludzi z tych miejscowości na mszach niedzielnych, tzw. "ciche" śluby, chrzty nie tylko przynosiły poważne dochody, ale były również jednym ze sposobów zwalczania systemu. Na dodatek zakon braci Kapucynów. Skandal seksualny spowodowałby jeszcze bardziej odchodzenie wielu ludzi od kościoła parafialnego. Współpraca pomiędzy obu kościołami była i tak nie najlepsza a raczej... wcale jej nie było. Ukryte walki pomiędzy parafią i zakonem braci Kapucynów były, co najmniej nieprzyjemne i źle wpływały na reputację księży  parafialnych.
Tak czy inaczej władze diecezji nie mogły pozwolić na ujawnienie faktów seksualnego wykorzystywania ministrantów zakroczymskich. Dlatego też postanowiono podjąć działania jak się okazało – nie przebierające w środkach.
Skierowano do Zakroczymia magistra psychologii - bo taki właśnie "fachowiec" był tam potrzebny. I to bynajmniej nie w celu pomocy ofiarom ( tak jak to zwykle bywa w takich przypadkach) - a w celu walki z nimi.

Z perspektywy czasu można wywnioskować, że wykorzystując swoje przygotowanie zawodowe (magister psychologii) ks. Władysław Krawczyk w swojej pracy - po tym, co się w zakroczymskiej parafii wydarzyło - skupił się na kilku kierunkach działania.
 

  1. Pozyskanie bezgranicznego zaufania do jego osoby, pracy i funkcji, jaką wykonywał

  2. Rozbicie spójności wszystkich osób znających fakty seksualnego wykorzystania małoletnich (ministrantów i innych)

  3. Bezkompromisowa dyskredytacja i eliminacja osób znających fakty seksualnego wykorzystania małoletnich, które według kościoła z różnych względów – nie poddadzą się "praniu mózgów"

Na początek ks. Władysław Krawczyk zabronił ministrantom zwracania się do niego po imieniu - co dla nas nie było nowością i łatwe do zaakceptowania, ponieważ tylko do ks. Maciaszka zwracaliśmy się po imieniu - a to przecież trwało bardzo krótko - bo zaledwie kilka miesięcy. Poza tym oświadczył, że na plebanię będziemy mieli wstęp tylko w czasie jego obecności a nie jak dotąd o każdej porze.
A to dopiero pomyślałem ... a kto by chciał tam przebywać po tym co się wydarzyło. I nie wiem czy ktokolwiek myślał inaczej z wyjątkiem nowoprzyjętych ministrantów - którzy o niczym nie wiedzieli. Wszystko to, co się wydarzyło odebrało nam chęci do dalszego wykonywania obowiązków ministranckich. Księża milczeli nie poruszając tematu ks. Maciaszka. My w depresji, zawiedzeni, oszukani przez jednego z tych któremu ufaliśmy, nie wykazywaliśmy chęci jakiejkolwiek współpracy - która była potrzebna nowemu księdzu.
A po za tym, zajęty byłem, (chyba najładniejszą) dziewczyną z Twierdzy Modlin i sprawy ministranckie przestały być dla mnie najważniejszym zajęciem. Wydarzenia z ks. Maciaszkiem pomogły mnie tylko w odrzuceniu obowiązków ministranta. Nie chcąc jednak przeciwstawiać się ojcu chodziłem czasami do kościoła a czasami za kościół palić papierosy.
"Księdzem to on już nie będzie" mówiła moja matka - co nie podobało się mojemu ojcu... "a po co mu dziewczyna - poświęcenie się Bogu i jego kościołowi to dopiero zasługa... księdzem byś został" - powiadał.
Żeby on wiedział, co mnie spotkało w tym jego kościele i to z rąk tych jego "świętych" - chyba krew by się polała. Pragnąłem tego podświadomie. Myślałem o tym żeby tak poszedł na plebanię i coś z tym wszystkim zrobił, nie bardzo wiedziałem jednak, co by to miało być. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że nigdy się to nie stanie, bo ojciec nigdy by nie uwierzył w to, że ksiądz, molestował małoletnich.
Nie miałem mu tego bardzo za złe, bo podobne słowa słyszałem od wszystkich pozostałych czterech kolegów ministrantów. Tylko jeden twierdził, że może powiedzieć swojemu ojcu a on mu na pewno uwierzy. Nie zwracałem wtedy uwagi na to, co mówi. Nie rozumiałem, że ten wydawałoby się nieistotny fakt - będzie posiadał tak wielką wagę dla przebiegu dalszych wydarzeń.
 

Pozyskiwanie bezgranicznego zaufania do jego osoby, pracy i funkcji jaką wykonywał

Ks. Krawczyk sprawiał wrażenie człowieka cierpiącego, kulał lekko na nogę i narzekał na swoje zdrowie co z kolei powodowało współczucie większości parafian. A "leżące krzyżem" w kościele "dewoty", użalały się nad nim - opowiadając różne historie o jego zdrowiu. Co powodowało z kolei współczucie i pozytywny stosunek do nowego księdza. Po kilku miesiącach ks.Krawczyk stał się bardzo popularny i jak mówiono - godny zaufania.
Ks.Krawczyk utrzymywał bardzo dobre stosunki z ludźmi, którzy się w parafii liczyli - zarówno z tymi bogatymi - jak i biednymi - ale za to bardzo ważnymi ze względu na parafialną propagandę.
Mieć po swojej stronie jak najwięcej "zdewociałych" ludzi - było zawsze jednym z ważniejszych zadań każdego księdza. Bo przecież to właśnie oni są nie zbędną bazą danych wszystkiego co się dzieje w parafii. A jeśli zajdzie taka potrzeba - niezbędnym przekaźnikiem tego - co ksiądz chce żeby było przekazane. Żadne media nie mogą się z nimi równać - "dewoty kościelne" były niezastąpione.

 

Rozbicie spójności wszystkich osób znających fakty seksualnego wykorzystania małoletnich - ministrantów i innych

Wydawało się, że wszystko na plebani i w kościele wraca do normy. Niewiele ludzi wiedziało o tym, co się stało. Tylko my ministranci rozmawialiśmy na ten temat prawie każdego dnia i niby nic się nie działo, ale atmosfera i młodzieńcze zadowolenie z życia - jakoś nie powracały. Nic nie było już tak jak kiedyś. Wdarła się w nasze życie jakaś nieufność do wszystkiego i wszystkich. A oni księża - zachowywali się tak jak by to nie ksiądz molestował nas małoletnich ministrantów - tylko my księdza. Nie rozumiałem wtedy, co to oznacza. Nie rozumiałem ich postępowania.

Wkrótce, (wydawało się ze bez powodu) cała "szóstka" wtajemniczonych ministrantów zaczęła zwalczać się między sobą. Oskarżaliśmy się nawzajem tak jak byśmy chcieli znaleźć winnych tego, co się stało. Wydawało się, że postawa ks.Krawczyka jego uśmieszki i patrzenia nam w oczy (żeby wyczuć czy mówimy prawdę) - miały wpływ na niektórych kolegów. Wydawało się, że swoim zachowaniem Ks.Krawczyk sprawiał, iż ci młodsi uwierzyli, że to ich wina a nie ks. Maciaszka. Zresztą ja też zacząłem zastanawiać się nad tym i czasami czułem się winnym - myśląc, że to my ponosimy winę za usunięcie ks.Maciaszka z parafii. W niedługim czasie z grupy "sześciu" zostało tylko dwóch, którym mogłem ufać i tylko z nimi się kolegowałem. Jeden z nich później - okazał się donosicielem. Ks.Krawczyk wiedział o wszystkim, o czym rozmawialiśmy.
Inni koledzy stali się jacyś nerwowi, nieufni i wszyscy popadali w kłopoty z rodzicami.
Nie było już, z kim nawet porozmawiać. W tym układzie dziewczyna z Twierdzy była wybawieniem. Zacząłem spędzać coraz to więcej czasu w Twierdzy.
Nie przywiązując większej wagi do tego, co się dzieje w Zakroczymiu - próbowałem zapomnieć o tym, co się stało. Okazało się to jednak niemożliwe, bo w tym samym czasie ktoś rozpowszechniał o mnie plotki. Ludzie zaczęli na mnie jakoś inaczej patrzeć. Zaczęto mówić o mnie, że jak to ktoś określił... "kombinowałem z księdzem". Kiedy zapytałem skąd to usłyszał, odpowiedział "to ty nie wiesz? całe miasto o tym mówi". Całe miasto?... o czym? No o tym, że ty... i ksiądz. Byłem wściekły i zagubiony. Ja z księdzem - co oni wygadują? Nie wiedzą, co mówią - przecież to wcale tak nie było. Dziwiło mnie jednak, że nikt nic nie mówił na temat innych ministrantów. A może po prostu - nikt nie mówił do mnie. Nie mogłem przecież przewidzieć, że ci, którzy postanowili w tak bezczelny sposób skompromitować mnie w oczach mieszkańców miasta w stosunku do innych moich kolegów mieli podobne, ale nie co inne plany. Zacząłem nienawidzić przebywania w Zakroczymiu i mieszkających tam ludzi, którzy przecież nie znali przebiegu wydarzeń a swoimi plotkami powodowali u mnie wielkie cierpienie. Co za niesprawiedliwość ja z księdzem? zaraz powiedzą, że go zgwałciłem. Chciało mnie się krzyczeć z rozpaczy. Przecież to nie moja wina. On każdego z nas podstępnie zwabił - używając rozmaitych wyrafinowanych sposobów. Ale cóż, nikt mnie nie słuchał. Dla większości pozostałem tym, który "kombinował" z księdzem. A o księdzu nikt nic złego nie mówił. Natomiast mnie okrzyknięto "pedałem". Co z kolei spowodowało - kompletną izolację, mnie od reszty... i reszty ode mnie. Teraz nie mogłem już świadczyć o tym, co się w parafii zakroczymskiej wydarzyło, bo i tak nikt by nie uwierzył. I na myśl nigdy by mnie nie przyszło, aby podejrzewać, że wszystko, co się działo - mogłoby być sterowane przez kościół.

Czasami w przypływie gniewu, nie mogąc pogodzić się z krzywdą, jaką mnie spotkała - planowałem pójście na plebanię z żądaniem, aby oni księża zabrali głos w mojej sprawie i wytłumaczyli ludziom jak to naprawdę było z Ks.Maciaszkem. Nigdy jednak nie uczyniłem tego.

 

Bezkompromisowa dyskredytacja i eliminacja osób, które według kościoła z różnych względów, nie poddadzą się "terapii prania mózgów"


Któregoś dnia rozeszła się po mieście szokująca wiadomość "młody chłopak zgwałcił czy próbował zgwałcić kilkuletnią dziewczynkę". Został przyłapany w jednej z blokowych ubikacji. Jak się okazało chodziło o jednego z moich najlepszych kolegów ministrantów. To wprost niemożliwe pomyślałem. On by tego nigdy nie zrobił - kolegowałem się z nim bardzo długo, byliśmy jak bracia. Jak to mogło się stać?
Świadkiem zdarzenia była jedna z najbardziej zagorzałych "dewotek kościelnych". Zeznała, że zastała w jednej z blokowych ubikacji, mojego kolegę ze spuszczonymi spodniami i rozebraną do połowy kilkuletnią dziewczynką. Wydawało się to niemożliwe, ale sąd był innego zdania i tak jeden z najlepszych kolegów został "wpakowany do więzienia".
Do tego zdarzenia dodam tylko jeszcze kilka słów... był to ten sam kolega ministrant który twierdził, że może powiedzieć swojemu ojcu o molestowaniu ministrantów przez ks.Czesława Maciaszka.
Następny ministrant z naszej "szóstki" został skompromitowany i wyeliminowany z kręgu godnych zaufania. Było jasne, że teraz, nawet jego ojciec nie uwierzy w nic, co mówi. Bo i kto może wierzyć "młodemu zboczeńcowi” , który zgwałcił czy usiłował zgwałcić kilkuletnie dziecko.
Nie upłynęło wiele czasu jak dotarły do mnie plotki na temat następnego z naszej "szóstki" - kolegi ministranta. Tym razem podobnie jak i o mnie zaczęto mówić on nim, że jest "pedałem". Co się dzieje? - Pomyślałem. Był starszy od nas, mieszkał z matką i jakąś dziewczyną. Wielokrotnie widziałem ich całujących się za kościołem. Uczył nas młodszych - jak postępować z dziewczynami. Wydawało się, że wie na ten temat wiele. A tu taka niespodzianka. Oczywiście i w tym przypadku nikt nie wpadł na to, że coś się nie zgadza, że może to być celowa robota kogoś - komu zależało na dyskredytacji tych osób. Okrzyknięto go "pedałem" i tak pewnie zostało po dzień dzisiejszy... jeśli oczywiście - udało mu się przeżyć.

Tak wiec trzech spośród sześciu ministrantów, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia w sprawie księdza pedofila, zostało szybko zdyskredytowanych.

Ja, byłem jednym z nich - chciało mi się "wyć" z powodu tego, co się działo wokół mnie - ale byłem bezsilny. Jedno, co mi jedynie pozostało... to ucieczka. A to nie było takie proste - byłem wciąż małoletni.
 

 

 

Wincenty Szymański

 

 

 

Toronto, 15 stycznia  2007

 

 

 

 

Zakroczym.Info

 

 

RuchOfiarKsiezy.Org | KsiezaPedofile.Info | Zakroczym.Info

Dozwolone rozpowszechnianie materiału

z zaznaczeniem skąd pochodzi