 |
Ksiądz mgr.
Władysław Krawczyk,
były
Wikariusz parafii Zakroczym obecnie
- Sędzia Sądu
Biskupiego diecezji płockiej.
Utrzymywany na stanowisku wikariusza
parafii ponad 9 lat, co jest chyba
rekordem nie tylko, jeśli chodzi o
Zakroczym, ale i całą Polskę. Nie
spotkałem się nigdy z faktem
pełnienia przez księdza funkcji
wikariusza w tej samej parafii przez
tak długi okres.
Rotacja księży wikarych
podyktowana była między innymi
celami szkoleniowymi, przed
przyjęciem na stałe stanowiska
proboszcza. Młody ksiądz
niewiele by się nauczył gdyby
pracował jedynie w jednej
parafii przez długi okres czasu.
Zwykle po święceniach ksiądz
kierowany był do pracy w
wyznaczonej przez biskupa
parafii. Opiniowany tam przez
księdza |
 |
proboszcza i po roku czy dwóch
kierowany był do następnej parafii,
bogatej lub biednej w zależności od
znajomości wpływowych ludzi w kurii
diecezjalnej. Wszystko zależało od
rekomendacji, prezentów, podarunków.
Zupełnie tak samo jak w każdej innej
instytucji, tylko, że stosowane były
inne określenia.
Parafia Zakroczym należała do
parafii bogatych, młodzi księża
zabiegali o skierowanie do
Zakroczymia, bo to oznaczało dla
nich dobry start finansowy.
Pieniądze płynęły jak "rzeka",
szczególnie ze strony bogatych
rodzin tzw. zakroczymskich
"badylarzy".
O ile do Zakroczymia było im się
ciężko dostać o tyle utrzymać w
parafii Zakroczym było jeszcze
trudniej. A to ze względu na ks.
proboszcza, Piotra Skurę. Tak jak
już wspomniałem w tekstach
poświęconych jego osobie, choć
wydawało się, że był dobrym
człowiekiem, nie był chyba
najłatwiejszym do współpracy.
Młodzi księża narzekali na niego
nieustannie. Nazywali go
"sklerotykiem i starej daty
księdzem".
Nie rozumiałem wtedy, że była to po
prostu chyba kwestia różnicy
wiekowej jak i "innych szkół".
Tak czy inaczej żaden z księży poza
ks. Krawczykiem nie pełnił funkcji
Wikariusza dłużej niż dwa lata.
Dlaczego więc Ks. Krawczyk pozostał w
parafii zakroczymskiej - dziewięć
lat?
Wystarczy przyjrzeć się faktom aby
zrozumieć że, ks.
Krawczyk, magister psychologii
przysłany był do zakroczymia w celu
wypełnienia "misji posprzątania"
tego, co jego poprzednik ks. Czesław
Maciaszek pozostawił i utrzymywany
na stanowisku przez diecezję płocką
dokładnie tyle lat - ile potrzeba
było na wypełnienie powierzonego mu
zadania. Po około dziesięciu latach,
kiedy uznano, że zagrożenie minęło
ks. Krawczyka odwołano z parafii
zakroczymskiej i "posadzona na
stołku" - blisko biskupów płockich.
No cóż ostatecznie zasłużył sobie na
to - ratując parafię Zakroczym,
diecezję płocką i nie tylko, przed
skandalem. I to nie jakimś tam sobie
skandalem typu... "kobieta w ciąży z
księdzem wikarym" to już nawet wtedy
- by nikogo nie zdziwiło.
Uchronił kościół od skandalu
seksualnego wykorzystywania
małoletnich ministrantów przez
księdza Czesława Maciaszka - jego
poprzednika. Uchronił parafię
Zakroczym (w tamtych czasach)
niezmiernie
ważną parafię, bo
przynoszącą nie tylko wysokie zyski
ale ważną ze względu na jej
usytuowanie i role jaką spełniała -
blisko Twierdzy Modlin i wojskowego
Kazunia.
Biskupi diecezji płockiej
nieustannie przypominali o roli
Zakroczymia w kwestii "propagowania
wiary" - chwaląc proboszcza Skurę za
wielkie osiągnięcia w tym kierunku.
A tu "masz babo placek". Jaka
kompromitacja. Skandal seksualny -
ksiądz wykorzystuje seksualnie
małoletnich ministrantów. Aż to
dopiero byłoby - gdyby wydarzenia
seksualnego wykorzystania
ministrantów w parafii Zakroczym,
dotarły do PZPR, SB czy władz
wojskowych. W czasach zaciętej walki
ideologicznej skandal seksualnego
wykorzystywania ministrantów przez
księdza - mógłby być wykorzystany do
wymuszania na kościele daleko
idących ustępstw czy do stosowania
szantażu SB w stosunku do
zamieszanych księży i administracji diecezji.
Nie mówiąc już o mieszkańcach
Twierdzy Modlin czy Kazunia -
zaprzestaliby wysyłać dzieci do
kościoła. Spora frekwencja ludzi z
tych miejscowości na mszach
niedzielnych, tzw. "ciche" śluby,
chrzty nie tylko przynosiły poważne
dochody, ale były również jednym ze
sposobów zwalczania systemu. Na
dodatek zakon braci Kapucynów.
Skandal seksualny spowodowałby
jeszcze bardziej odchodzenie wielu
ludzi od kościoła parafialnego.
Współpraca pomiędzy obu kościołami
była i tak nie najlepsza a raczej...
wcale jej nie było. Ukryte walki
pomiędzy parafią i zakonem braci
Kapucynów były, co najmniej
nieprzyjemne i źle wpływały na
reputację księży parafialnych.
Tak czy inaczej władze diecezji nie
mogły pozwolić na ujawnienie faktów
seksualnego wykorzystywania
ministrantów zakroczymskich. Dlatego
też postanowiono podjąć działania
jak się okazało – nie przebierające
w środkach.
Skierowano
do Zakroczymia magistra psychologii
- bo taki właśnie "fachowiec" był
tam potrzebny. I to bynajmniej nie w
celu pomocy ofiarom ( tak jak to
zwykle bywa w takich przypadkach) -
a w celu walki z nimi.
Z perspektywy czasu można
wywnioskować, że wykorzystując swoje
przygotowanie zawodowe (magister
psychologii) ks.
Władysław
Krawczyk w swojej pracy -
po tym, co się w zakroczymskiej
parafii wydarzyło - skupił się na
kilku kierunkach działania.
-
Pozyskanie bezgranicznego zaufania
do jego osoby, pracy i funkcji,
jaką wykonywał
-
Rozbicie
spójności wszystkich osób
znających fakty seksualnego
wykorzystania małoletnich
(ministrantów i innych)
-
Bezkompromisowa dyskredytacja i
eliminacja osób znających fakty
seksualnego wykorzystania
małoletnich, które według kościoła
z różnych względów – nie poddadzą
się "praniu mózgów"
Na początek ks. Władysław Krawczyk
zabronił ministrantom zwracania się
do niego po imieniu - co dla nas nie
było nowością i łatwe do
zaakceptowania, ponieważ tylko do
ks. Maciaszka zwracaliśmy się po
imieniu - a to przecież trwało
bardzo krótko - bo zaledwie kilka
miesięcy. Poza tym oświadczył, że na
plebanię będziemy mieli wstęp tylko
w czasie jego obecności a nie jak
dotąd o każdej porze.
A to dopiero pomyślałem ... a kto by
chciał tam przebywać po tym co się
wydarzyło. I nie wiem czy ktokolwiek
myślał inaczej z wyjątkiem
nowoprzyjętych ministrantów - którzy
o niczym nie wiedzieli. Wszystko to,
co się wydarzyło odebrało nam chęci
do dalszego wykonywania obowiązków
ministranckich. Księża milczeli nie
poruszając tematu ks. Maciaszka. My
w depresji, zawiedzeni, oszukani
przez jednego z tych któremu
ufaliśmy, nie wykazywaliśmy chęci
jakiejkolwiek współpracy - która
była potrzebna nowemu księdzu.
A po za tym, zajęty byłem, (chyba
najładniejszą) dziewczyną z Twierdzy
Modlin i sprawy ministranckie
przestały być dla mnie
najważniejszym zajęciem. Wydarzenia
z ks. Maciaszkiem pomogły mnie tylko
w odrzuceniu obowiązków ministranta.
Nie chcąc jednak przeciwstawiać się
ojcu chodziłem czasami do kościoła a
czasami za kościół palić papierosy.
"Księdzem to on już nie będzie"
mówiła moja matka - co nie podobało
się mojemu ojcu... "a po co mu
dziewczyna - poświęcenie się Bogu i
jego kościołowi to dopiero
zasługa... księdzem byś został" -
powiadał.
Żeby on wiedział, co mnie spotkało w
tym jego kościele i to z rąk tych
jego "świętych" - chyba krew by się
polała. Pragnąłem tego podświadomie.
Myślałem o tym żeby tak poszedł na
plebanię i coś z tym wszystkim
zrobił, nie bardzo wiedziałem
jednak, co by to miało być.
Jednocześnie zdawałem sobie sprawę z
tego, że nigdy się to nie stanie, bo
ojciec nigdy by nie uwierzył w to,
że ksiądz, molestował małoletnich.
Nie miałem mu tego bardzo za złe, bo
podobne słowa słyszałem od
wszystkich pozostałych czterech
kolegów ministrantów. Tylko jeden
twierdził, że może powiedzieć
swojemu ojcu a on mu na pewno
uwierzy. Nie zwracałem wtedy uwagi
na to, co mówi. Nie rozumiałem, że
ten wydawałoby się nieistotny fakt -
będzie posiadał tak wielką wagę dla
przebiegu dalszych wydarzeń.
Pozyskiwanie bezgranicznego zaufania
do jego osoby, pracy i funkcji jaką
wykonywał
Ks. Krawczyk sprawiał wrażenie
człowieka cierpiącego, kulał lekko
na nogę i narzekał na swoje zdrowie
co z kolei powodowało współczucie
większości parafian. A "leżące
krzyżem" w kościele "dewoty",
użalały się nad nim - opowiadając
różne historie o jego zdrowiu. Co
powodowało z kolei współczucie i
pozytywny stosunek do nowego
księdza. Po kilku miesiącach
ks.Krawczyk stał się bardzo
popularny i jak mówiono - godny
zaufania.
Ks.Krawczyk utrzymywał bardzo dobre
stosunki z ludźmi, którzy się w
parafii liczyli - zarówno z tymi
bogatymi - jak i biednymi - ale za
to bardzo ważnymi ze względu na
parafialną propagandę.
Mieć po swojej stronie jak najwięcej
"zdewociałych" ludzi - było zawsze
jednym z ważniejszych zadań każdego
księdza. Bo przecież to właśnie oni
są nie zbędną bazą danych
wszystkiego co się dzieje w parafii.
A jeśli zajdzie taka potrzeba -
niezbędnym przekaźnikiem tego - co
ksiądz chce żeby było przekazane.
Żadne media nie mogą się z nimi
równać - "dewoty kościelne" były
niezastąpione.
Rozbicie
spójności wszystkich osób znających
fakty seksualnego wykorzystania
małoletnich - ministrantów i innych
Wydawało się, że wszystko na plebani
i w kościele wraca do normy.
Niewiele ludzi wiedziało o tym, co
się stało. Tylko my ministranci
rozmawialiśmy na ten temat prawie
każdego dnia i niby nic się nie
działo, ale atmosfera i młodzieńcze
zadowolenie z życia - jakoś nie
powracały. Nic nie było już tak jak
kiedyś. Wdarła się w nasze życie
jakaś nieufność do wszystkiego i
wszystkich. A oni księża -
zachowywali się tak jak by to nie
ksiądz molestował nas małoletnich
ministrantów - tylko my księdza. Nie
rozumiałem wtedy, co to oznacza. Nie
rozumiałem ich postępowania.
Wkrótce, (wydawało się ze bez
powodu) cała "szóstka"
wtajemniczonych ministrantów zaczęła
zwalczać się między sobą.
Oskarżaliśmy się nawzajem tak jak
byśmy chcieli znaleźć winnych tego,
co się stało. Wydawało się, że
postawa ks.Krawczyka jego uśmieszki
i patrzenia nam w oczy (żeby wyczuć
czy mówimy prawdę) - miały wpływ na
niektórych kolegów. Wydawało się, że
swoim zachowaniem Ks.Krawczyk
sprawiał, iż ci młodsi uwierzyli, że
to ich wina a nie ks. Maciaszka.
Zresztą ja też zacząłem zastanawiać
się nad tym i czasami czułem się
winnym - myśląc, że to my ponosimy
winę za usunięcie ks.Maciaszka z
parafii. W niedługim czasie z grupy
"sześciu" zostało tylko dwóch,
którym mogłem ufać i tylko z nimi
się kolegowałem. Jeden z nich
później - okazał się donosicielem.
Ks.Krawczyk wiedział o wszystkim, o
czym rozmawialiśmy.
Inni koledzy stali się jacyś
nerwowi, nieufni i wszyscy popadali
w kłopoty z rodzicami.
Nie było już, z kim nawet
porozmawiać. W tym układzie
dziewczyna z Twierdzy była
wybawieniem. Zacząłem spędzać coraz
to więcej czasu w Twierdzy.
Nie przywiązując większej wagi do
tego, co się dzieje w Zakroczymiu -
próbowałem zapomnieć o tym, co się
stało. Okazało się to jednak
niemożliwe, bo w tym samym czasie
ktoś rozpowszechniał o mnie plotki.
Ludzie zaczęli na mnie jakoś inaczej
patrzeć. Zaczęto mówić o mnie, że
jak to ktoś określił...
"kombinowałem z księdzem". Kiedy
zapytałem skąd to usłyszał,
odpowiedział "to ty nie wiesz? całe
miasto o tym mówi". Całe miasto?...
o czym? No o tym, że ty... i ksiądz.
Byłem wściekły i zagubiony. Ja z
księdzem - co oni wygadują? Nie
wiedzą, co mówią - przecież to wcale
tak nie było. Dziwiło mnie jednak,
że nikt nic nie mówił na temat
innych ministrantów. A może po
prostu - nikt nie mówił do mnie. Nie
mogłem przecież przewidzieć, że ci,
którzy postanowili w tak bezczelny
sposób skompromitować mnie w oczach
mieszkańców miasta w stosunku do
innych moich kolegów mieli podobne,
ale nie co inne plany. Zacząłem
nienawidzić przebywania w
Zakroczymiu i mieszkających tam
ludzi, którzy przecież nie znali
przebiegu wydarzeń a swoimi plotkami
powodowali u mnie wielkie
cierpienie. Co za niesprawiedliwość
ja z księdzem? zaraz powiedzą, że go
zgwałciłem. Chciało mnie się
krzyczeć z rozpaczy. Przecież to nie
moja wina. On każdego z nas
podstępnie zwabił - używając
rozmaitych wyrafinowanych sposobów.
Ale cóż, nikt mnie nie słuchał. Dla
większości pozostałem tym, który
"kombinował" z księdzem. A o księdzu
nikt nic złego nie mówił. Natomiast
mnie okrzyknięto "pedałem". Co z
kolei spowodowało - kompletną
izolację, mnie od reszty... i reszty
ode mnie. Teraz nie mogłem już
świadczyć o tym, co się w parafii
zakroczymskiej wydarzyło, bo i tak
nikt by nie uwierzył. I na myśl
nigdy by mnie nie przyszło, aby
podejrzewać, że wszystko, co się
działo - mogłoby być sterowane przez
kościół.
Czasami w przypływie gniewu, nie
mogąc pogodzić się z krzywdą, jaką
mnie spotkała - planowałem pójście
na plebanię z żądaniem, aby oni
księża zabrali głos w mojej sprawie
i wytłumaczyli ludziom jak to
naprawdę było z Ks.Maciaszkem. Nigdy
jednak nie uczyniłem tego.
Bezkompromisowa dyskredytacja i
eliminacja osób, które według
kościoła z różnych względów, nie
poddadzą się "terapii prania mózgów"
Któregoś dnia rozeszła się po
mieście szokująca wiadomość "młody
chłopak zgwałcił czy próbował
zgwałcić kilkuletnią dziewczynkę".
Został przyłapany w jednej z
blokowych ubikacji. Jak się okazało
chodziło o jednego z moich
najlepszych kolegów ministrantów. To
wprost niemożliwe pomyślałem. On by
tego nigdy nie zrobił - kolegowałem
się z nim bardzo długo, byliśmy jak
bracia. Jak to mogło się stać?
Świadkiem zdarzenia była jedna z
najbardziej zagorzałych "dewotek
kościelnych". Zeznała, że zastała w
jednej z blokowych ubikacji, mojego
kolegę ze spuszczonymi spodniami i
rozebraną do połowy kilkuletnią
dziewczynką. Wydawało się to
niemożliwe, ale sąd był innego
zdania i tak jeden z najlepszych
kolegów został "wpakowany do
więzienia".
Do tego zdarzenia dodam tylko
jeszcze kilka słów... był to ten sam
kolega ministrant który twierdził,
że może powiedzieć swojemu ojcu o
molestowaniu ministrantów przez
ks.Czesława Maciaszka.
Następny ministrant z naszej
"szóstki" został skompromitowany i
wyeliminowany z kręgu godnych
zaufania. Było jasne, że teraz,
nawet jego ojciec nie uwierzy w nic,
co mówi. Bo i kto może wierzyć
"młodemu zboczeńcowi” , który
zgwałcił czy usiłował zgwałcić
kilkuletnie dziecko.
Nie upłynęło wiele czasu jak dotarły
do mnie plotki na temat następnego z
naszej "szóstki" - kolegi
ministranta. Tym razem podobnie jak
i o mnie zaczęto mówić on nim, że
jest "pedałem". Co się dzieje? -
Pomyślałem. Był starszy od nas,
mieszkał z matką i jakąś dziewczyną.
Wielokrotnie widziałem ich
całujących się za kościołem. Uczył
nas młodszych - jak postępować z
dziewczynami. Wydawało się, że wie
na ten temat wiele. A tu taka
niespodzianka. Oczywiście i w tym
przypadku nikt nie wpadł na to, że
coś się nie zgadza, że może to być
celowa robota kogoś - komu zależało
na dyskredytacji tych osób.
Okrzyknięto go "pedałem" i tak
pewnie zostało po dzień
dzisiejszy... jeśli oczywiście -
udało mu się przeżyć.
Tak wiec trzech spośród sześciu
ministrantów, którzy mieli cokolwiek
do powiedzenia w sprawie księdza
pedofila, zostało szybko
zdyskredytowanych.
Ja, byłem jednym z nich - chciało mi
się "wyć" z powodu tego, co się
działo wokół mnie - ale byłem
bezsilny. Jedno, co mi jedynie
pozostało... to ucieczka. A to nie
było takie proste - byłem wciąż
małoletni.
Wincenty
Szymański
Toronto, 15 stycznia 2007
|