 |
Ksiądz
Prałat, Piotr Skura, pełnił funkcje proboszcza parafii
Zakroczym od 1945 roku.
Kierował odbudową zniszczonego przez wojnę kościoła parafialnego. Ksiądz
Skura zachowywał sie tak jak by wszystko, co parafialne, należało do
niego. Słyszałem wielokrotnie od ludzi, jaki to on "jest skąpy i że tylko
woła o pieniądze". Mój ojciec jednak miał o nim zupełnie inną opinię.
Nazywał proboszcza Skurę "dobrym gospodarzem". A kto kościół odbudował jak
nie ksiądz Skura... a posadzka w kościele, dzwonnica... ogrzewanie
kościoła, przecież to wszystko kosztuje... ludzie nie wiedzą co mówią",
powiadał... chcieliby wszystko za darmo". Z perspektywy czasu myślę, że
ojciec miał rację - ks.Skura był dobrym gospodarzem, czasami pewnie był
zmuszony |
 |
"wołać o pieniądze”, bo przecież
rachunki trzeba płacić. Ks.Skura nie
tylko utrzymywał dyscyplinę w gronie
ministrantów, ale był także
sprawiedliwy w stosunku do nas.
 |
Za dobre wynagradzał a za złe karał.
Rozumiał też nasze "potrzeby finansowe".
Zawsze, kiedy pomagałem w ceremonii tzw.
"cichego" chrztu czy ślubu mogłem spodziewać
się zapłaty za pomoc od zamawiających
usługę, ale jeśli okazało się, że oni z
jakiegoś powodu nie uczynili tego, ks. Skura
dziękował mnie za pomoc, wciskając do mojej
kieszeni pieniądze. W większości jednak
przypadków nie musiał tego czynić, bo
zamawiający usługę wynagradzali nas obficie,
dziękując za poświęcony czas i zachowanie
tajemnicy. "Ciche" śluby i chrzty odbywały
się przeważnie późno wieczorem. Zamawiali je
oficerowie wojska z Modlina Twierdzy i
Kazunia
|
 |
obawiając sie kłopotów w pracy,
przyjmowali sakrament małżeństwa i
chrzcili dzieci, bez wielkiej
ceremonii i rozgłosu
najczęściej w nocy bez żadnych
postronnych świadków, bez użycia
organów i głośnych śpiewów. Stąd
nazwa "cichy" ślub czy chrzest. Dla nas
"zaufanej" grupy ministrantów
oznaczało to nic innego jak
pieniądze.
Ogólnie biorąc wydawało sie że
ks. Skura nie tylko był "twardym" ale i
uczciwym człowiekiem. Traktował mnie
jak kogoś swojego.
Śluby i chrzty to
tylko jeden z wielu przykładów
dobrego traktowania.
Dlatego też, po dzień
dzisiejszy nie mogę w pełni
zrozumieć jego postawy po tym kiedy
potwierdziłem jego przypuszczenia że
podległy jemu, Ks. Wikariusz Czesław
Maciaszek "lubi" chłopców. Nie
rozumiem dlaczego nas odtrącił,
pozostawił na straty, nie okazał
współczucia ani jakiegokolwiek
zainteresowania tym co przeżywaliśmy
po doświadczeniach z ks. pedofilem... czyżby nie rozumiał w
pełni konsekwencji tego co sie
stało?. To wprost nie możliwe.
 |
My
ministranci nie mogliśmy zdawać
sobie z niczego sprawy bo byliśmy za
młodzi a niektórzy z nas naprawdę
dzieci, 10, 12 letni. Dla nas słowo
homoseksualista było wielką
niewiadomą a pedofil ogóle nie
znane. On ksiądz, wykształcony
przegotowany do pracy z ludźmi... dlaczego nam nie pomógł?
Darzyliśmy go ogromnym zaufaniem
nawet po doświadczeniach z
księdzem pedofilem i tylko on
był tym który mógł "zaleczyć
nasze rany". Gdyby przynajmniej
spróbował to uczynić. On jednak
okazał sie bardzo lojalnym w
stosunku do przełożonych i nie
tylko nie powiadomił władz
cywilnych o zaistniałym
przestępstwie ale |
 |
przystąpił do wypełniania
postanowień swoich zwierzchników. A te z
kolei nie
zawierały nic co by było ludzkie. W
grę wchodziło jedynie, dobro
kościoła.
My wierni kościołowi ministranci
zakroczymscy byliśmy "przeznaczani na
straty". Nas trzeba było się pozbyć
za wszelką cenę, zdyskredytować,
zniesławić, ośmieszyć w oczach
innych tak, aby nikt nigdy nam w nic
nie wierzył. Doprowadzić to takiego
stanu abyśmy przestali wierzyć samym
sobie.
On proboszcz parafii Zakroczym,
zrobił wszystko czego od niego
oczekiwano, tzn. po prostu...
nie zrobił nic i to pewnie było
wszystkim czego od niego
żądano.
Brudnego i bezkompromisowego
dzieła naszego "wyniszczenia"
dokonać miał nie proboszcz Skura a następca księdza pedofila,
magister psychologii ks.Władysław
Krawczyk. Księdza Skury zadaniem
było milczenie. Po usunięciu w trybie
natychmiastowym ks.Czesława
Maciaszka ze stanowiska wikariusza
parafii ks.Skura zachował ponure milczenie
tak jakby nic nigdy sie nie
wydarzyło. Jedyną zmianą jaka dała
sie dostrzec było to że rozmawiając
ze mną czy innymi ministrantami
unikał kontaktu wzrokowego. Jeśli
chodzi o mnie, nie mogłem z
nikim innym rozmawiać o tym bo
przyrzekłem księdzu że nikomu nic
nie powiem. Nie
rozumiejąc że za wszystko to
co się wydarzyło ponosił winę ksiądz
pedofil a nie my ministranci czułem
sie winnym tego co sie stało. A on, jedyny
człowiek który mógł to zmienić,
milczał jak zaklęty.
Czułem się
okropnie nie wiedziałem co mam
robić. Prześladowały mnie mary
nocne, zacząłem się bać wszystkich i
wszystkiego. Miałem wrażenie że
wszyscy wokół mnie, myślą że to ja
"wygadałem" się do księdza Skury na
temat ks.Czesława. Czułem się jak
zdrajca a przecież to my ministranci
byliśmy zdradzeni, perfidnie
oszukani, wykorzystani seksualnie i
z okropnym poczuciem winy
pozostawieni na łaskę losu.
To było straszne. Ale nie oznaczało
bynajmniej końca naszej tragedii.
Tak jakby tego było mało oni
przygotowywali następny "atak" na
nasze młode "niewinne serca". To co
najgorsze miało dopiero nastąpić.
Czasami myślę że samo molestowanie
seksualne nie było takie straszne w
porównaniu z tym co nastąpiło.
Wincenty
Szymański
Toronto, 12 grudnia 2006
|